Adaptacje czy kreacje

Filmowe czy serialowe adaptacje powieści często budzą kontrowersje wśród fanów. A niedawna premiera 4. sezonu „House of Cards” mocno mi o tym przypomniała.

O co tak właściwie chodzi? O to, co zawsze: na ile film/serial jest zgodny z książką, na ile „trzyma” jej klimat, na ile bohaterowie z wersji obrazkowej odzwierciedlają postaci z kartek zapisanych słowami. O ile pewne skróty czy małe rozbieżności wywołują jedynie lekki grymas, to całkowite zmiany wątków budzą wielkie niezadowolenie. Ale kręcenie czegoś zupełnie innego i obdarzanie powstałego dzieła tytułem jakiejś powieści to już zwykłe draństwo.

Nie odkryję Ameryki pisząc, że w tym drugim i trzecim przodują Amerykanie – ale to wie każdy, gdyż przytłaczający procent udziału w ilości filmów i seriali mają wytwórnie i telewizje ze Stanów. Zmieniają wszystko jak się da, bo nie liczy się książka, powieść czy prawda historyczna, ale kolorowe, pełne fajerwerków widowisko dla mas. Tak było np. z „Troją”, „Aleksandrem” lub choćby z „Władcą Pierścieni”. Ta ostatnia adaptacja filmowa zaprocentowała tym, że choć jej trzecia część została obsypana 11 Oscarami, to wśród spadkobierców Tolkiena posiadających prawa do jego twórczości reżyser Peter Jackson jest personą non grata.

Ktoś mógłby się zdziwić: jak to? Aż 11 Oscarów, a oni narzekają? Ja to widzę inaczej – co z tego, że świetny i widowiskowy film, skoro wypaczył klimat powieści? Co z tego, że zarobił setki milionów, skoro odszedł od tego, co autor powieści napisał? Jackson nakręcił jeszcze „Hobbita”, ale tylko dlatego, że miał na niego kontrakt i nie można było go zerwać, mimo kilku lat prawniczych potyczek. I popełnił jeszcze większą zbrodnię, bo stworzył potworka, na dodatek z postaciami, które w „Hobbicie” nie powinny zaistnieć (jak choćby Legolas). I znów mamy ten dziwny rozdźwięk: dla wielu to świetny film, ale dla znawców twórczości Tolkiena…

Innym, dobrym przykładem są filmy z Bondem. Tu nie chodzi o książki Iana Fleminga, ale o klimat. Bo Bond to głównie klimat. Bezczelny, seksistowski, z bajerami i z przerysowaną fabułą, czasem nawet zahaczającą o nonsens. Ostatnim „w miarę” Bondem był Pierce Brosnan, ale już jego następca, Daniel Craig, to ledwie tyci-tyci cień tej postaci. „Bondy” z jego udziałem są bardzo dobrymi filmami akcji, ale… nie są „Bondami”. A jego ostatni „Skyfall” to – wg mnie – prawie plagiat. Tak, bo oglądając ten film nie mogłem pozbyć się z głowy analogii: Bond to Batman, Silva to Joker. Resztę dopowiedzcie sobie sami.

Na koniec tych porównań czas na „House of Cards” (HoC). Tu draństwo sięgnęło zenitu, bo obecny czwarty sezon nie ma w sobie już nic z powieści o tym samym tytule. Twórcy wykorzystali książkę jedynie jako zasłonę: dwa sezony nakręcili zaadoptowane do amerykańskich realiów (co jest normalne, nie dziwi) by… pojechać dalej już z nową opowieścią, tak się mającą do „HoC”, jak krowa do aeronautyki.

Pytanie więc jest takie: czy jest się o co spierać, skoro powstałe „na bazie” jakichś powieści ich filmowe (serialowe) adaptacje są dobrymi, czasem bardzo dobrymi produkcjami? Ja sam te wszystkie tytuły, które tu wymieniłem, oglądałem z przyjemnością (może poza „Hobbitem”). Otóż tak, jest o co się spierać. Powieść to dzieło zamknięte, skończone – film na jej podstawie może zawierać niedostatki, ale nie dodatki. Nie można tworzyć czegoś „na podstawie”, rezygnować z jakichś scen i na ich miejsce wstawiać swoje wymysły. Bo wtedy to już nie jest „Władca Pierścieni”, „Bond” czy „HoC”, ale coś zupełnie innego. Może fajnego, ale jednak innego.

Wielu ludziom to nie przeszkadza. Widzą świetny serial, zachwycają się i nie dostrzegają, że jest on fałszerstwem. Jak współczesna wędlina – mięsa w niej jak na lekarstwo, ale nazywają ją kiełbasą. Tak jest choćby z dzisiejszymi „adaptacjami” sztuk Hamleta, które z Szekspirem wspólny mają tylko tytuł. A w gatunkach o mniejszej wadze, jak sensacja, thriller itp., ta dowolność adaptacyjna jest już masowa. Jak można jednocześnie zachęcać ludzi do czytania książek i emocjonować się ich zafałszowanymi podróbkami z telewizji czy kina? Ktoś obejrzy film, zachwyci się fajnymi akcjami – a gdy sięgnie po książkę… odczuje zawód. I w końcu zrezygnuje z książek, bo „filmy fajniejsze”. A przecież adaptacja filmowa nie musi być lepsza, szybsza, bardziej trzymająca w napięciu – musi jedynie być w miarę wierna. A dużo ludzi wykazuje w tym temacie wielki brak refleksji. Zobaczyli konfetti, ładne buzie, jakiś czarny charakter i już czują, że „adaptacja” jest super, bo… jest inna.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*