W sierpniu bieżącego roku firma Lion’s Shade wypuściła na rynek grę Cliff Empire. Znalazłem ją w serwisie Steam, pojawiła mi się w komunikacie o nowościach. Normalnie nie zaprzątałbym sobie nią głowy, ale była otagowana jako „city builder”, a tego typu gry zawsze mnie interesowały. Trochę więc w ciemno, nie znając opinii graczy, wydałem 40-parę złotych i tak oto zaczęła się moja, do dziś już wielogodzinna, przygoda z postapokaliptycznymi klifami.

Fabuła:

Niedaleka przyszłość, świat po wojnie nuklearnej. Powierzchnia planety została pokryta radioaktywnym pyłem, nie da się na niej żyć. Nieliczni ewakuowali się na Stację Orbitalną, reszta zdążyła zbudować wysokie klify, do szczytu których promieniowanie już nie sięga. Jako gracze otrzymujemy do dyspozycji trzy takie klify – różniące się zasobami, powierzchnią, warunkami energetycznymi. Naszym zadaniem jest zbudowanie na nich miast, które staną się zalążkiem do powrotu ludzkości na Ziemię.

Stacja Orbitalna

Gdy już je zabudujemy, będziemy mieć okazję do przejęcia kontroli nad Stacją Orbitalną, a w dalszym etapie: odnalezienia na Ziemi jedynego skrawka wolnego od śmiercionośnej radiacji i ściągnięcie tam ludzi, by dali początek nowej cywilizacji.

Grywalność:

Trudność gry zależy od tego, jak ustawimy sobie parametry początkowe. Dla tych najbardziej niecierpliwych jest opcja wyłączenia katastrof naturalnych, możliwość posiadania nieograniczonych funduszy czy znajomość wszelkich odkryć naukowych. Taka gra jednak jest nudna, wręcz strata czasu. Ci bardziej wytrwali zagrają z oganiczonymi funduszami, z badaniami, które dopiero muszą wynaleźć, będą narażeni na trzęsienia ziemi, susze czy ulewy, a nawet na ataki zbrojnych grup rabusiów. Gra wówczas staje się naprawdę niełatwa i często wiele projektów będziemy musieli zaczynać od nowa (np. gdy trzesienie ziemi i pożary zniszczą nam 3/4 budynków).

Musimy też zbierać tzw. Punkty Honoru – przechodzimy przez to do kolejnych etapów, dostajemy do dyspozycji nowe budynki i możliwości. Tu jednak twórcy gry się nie popisali, bo jeszcze zrozumiałym jest, że kolejny Punkt Honoru dostaniemy za opanowanie sytuacji po pożarach, ale zupełnie niepotrzebnie niektóre zadania polegają np. na zarobieniu określonej kwoty w biurowcach (co kogo obchodzi, jak regulujemy sobie finanse?!). Jednak do momentu zdobycia pierwszych 15 punktów trzeba się trochę natrudzić nawet z tymi bezsensownymi wyzwaniami.

Po etapie przejściowym – przejęciu kontroli nad Stacją Orbitalną – przechodzimy do najważniejszej części: stworzenie miejsca do życia już nie dla tysiąca czy dwóch, ale nawet kilkunastu tysięcy ludzi w Lodowej Cytadeli: pokrytym śniegiem, ogromnym wnętrzu krateru, gdzie możemy w pełni popuścić wodze fantazji i zabudować ten teren na dziesiątki dowolnych sposobów.

Lodowa Cytadela (już mocno zabudowana)

Rozczarowują budynki. O ile elektrowni mamy kilka rodzajów, to np. budynków rozrywkowych jeden. Skoro możemy mieć winnicę i winiarnię – to czemy mamy tylko pole uprawne, a nie mamy piekarni? Są biurowce i banki, nie ma budunków technicznych, warsztatów.

Finał gry także zawodzi – gdy już ściągnąłem wszystkich ludzi ze Stacji Orbitalnej… nie stało się nic. Żadnego komunikatu, planszy gratulacyjnej, jakiejś informacji o wykonaniu zadania. Biorę to jednak na karb świeżości gry, pokazały się już jakieś jej aktualizacje, pewnie Lion’s Shade coś jeszcze dołoży po jakimś okresie jej tesowania przez graczy.

Wizualnie gra odbiega od znanych „city builderów”: jest jednocześnie dość surowa, ale też mocno schludna i przejrzysta. Na zbliżeniach pojawiają się dobrze opracowane szczegóły, w trybie „turysty” można przechadzać się pomiędzy budowlami, mijać przechodniów, zaglądać do wnętrz budynków.

Podsumowanie:

Na pewno jest to gra godna polecenia, jednocześnie jednak wciąż wymaga dopracowania. Inaczej po prostu się znudzi.