Expanse: serial vs książka

Wspaniałą niespodziankę zrobiło Wydawnictwo MAG, które wzięło się za sagę „Expanse” Jamesa S.A. Corey’a. Pięć lat temu, w 2013, pierwszą część wypuściła Fabryka Słów („Przebudzenie Lewiatana”, rozbite na dwa tomy), ale chyba im się znudziło, gdyż na tym poprzestali. Dziś pewnie żałują tej decyzji, bo po pojawieniu się serialu popularność tej sagi na nowo wystrzeliła w górę.

W kwietniu tego roku ukazało się wznowienie, tym razem za sprawą wspomnianego Wydawnictwa MAG. A był to już czas, gdy kończył się 3. sezon serialu, którego dalsze losy zawisły na włosku: firmująca go stacja SyFy wycofała się z dalszych części i anulowała „Expanse”. Na szczęście, to nie oni byli producentami, tylko niezależna wytwórnia Alcon Entertainment. Ci błyskawicznie dogadali się z Amazonem i po niecałym miesiącu niepewności fani dostali upragnioną wiadomość: będzie sezon czwarty.

W każdym razie ożywienie wokół „Expanse” sięgało zenitu, nic więc dziwnego, że znalazł się ktoś, kto i u nas przypomniał sobie, że zanim był serial, to były książki. I zaczął je wydawać.

Pierwszy tom, „Przebudzenie Lewiatana”, zamówiłem w przedsprzedaży, na trzy tygodnie przed premierą. Po kilku następnych tygodniach MAG wydał tom drugi – „Wojna Kalibana”. Jeśli utrzymają tempo, to w sierpniu, najdalej we wrześniu powinien był tom trzeci. I oczywiście: jeśli wytrwają w tym zamierzeniu, gdyż na chwilę obecną saga liczy siedem tomów, a ósmy już jest zapowiedziany na grudzień 2018.

Po tym wstępie czas na sedno tematu: jakie są różnice pomiędzy książką, a serialem. Ktoś zapyta: „a czemu miałyby być?”. Odpowiem przykładem „House of Cards” – to, co oglądamy w amerykańskiej wersji serialu ma się tak do książki Michaela Dobbsa (o tym samym tytule i będącej pierwowzorem całej historii), jak malowanie obrazu do malowania pokoju. Dwie zupełnie różne sprawy. I tak jest z większością seriali: jeśli powstają na bazie jakiejś powieści, to bardzo szybko odchodzą od jej sedna i stają się oddzielnymi bytami.

„Przebudzenie Lewiatana” to mniej więcej cały pierwszy sezon na ekranie. Niektóre wątki są przesunięte w czasie – Chrisjen Avasarala i zbrodniczy Sadavir Errinwright w serialu są od samego początku, w książkach dopiero od 2. tomu. Pomijając te dwie postaci, to czytając „Przebudzenie…” nie mogłem wyjść ze zdumienia, jak wiernie ta książka została przełożona na ekran. Oczywiście są nieścisłości, ale zupełnie nie mają wpływu na całą historię. Nie ma wątków, które byłyby wymyślone bez potrzeby, choć część akcji jest zmodyfikowana – ale inaczej coś się czyta, a inaczej ogląda. Widz potrzebuje więcej bodźców, takich jak efekty specjalne czy przybliżenie sylwetki jakiegoś bohatera. Stąd ubarwnienia. Np. w książce wiemy, że flota Ziemi zniszczyła księżyc Marsa – ale na ekranie dowiadujemy się, jak zapadła ta decyzja, widzimy posiedzenie rządu itp. [ To właśnie m.in. dlatego już w 1. sezonie mamy Avasaralę ]. Również postać Julesa Mao została przeniesiona z 2. tomu do 1. sezonu – ale dzięki temu widz od razu ma pełniejszy obraz.

2. tom, „Wojna Kalibana”, to już nieco inna historia. Kończy się mniej więcej w połowie 3. sezonu „Expanse”, ale różnic z wersją ekranową – i to dość drastycznych – jest o wiele więcej. W książce mamy mnóstwo wątków nie występujących w serialu (i na odwrót), choć trudno by mi było ocenić, czy to dobrze, czy źle. Serial jest bardziej „podkręcony” w akcji, dodano w nim więcej dramaturgii, a przygody, które zastąpiły te z książki, są zupełnie inne, choć na ich końcu efekt pozostaje ten sam. Widz jednak nie dowie się np. o zbiórce pieniędzy na ratowanie Mei czy tego, że Cotyar nie jest zaufanym, tajnym współpracownikiem Avasarali, tylko zwykłym rządowym agentem ochrony. Z kolei czytelnik straci jedną z lepszych scen serialu – walkę na jachcie Mao i uwolnienie się Avasarali i Bobbie, bo w książce ta akcja nie zdradzała takiej dynamiki, jak ukazano w ostatnim odcinku 2. i pierwszym 3. sezonu. Od połowy książki wrażenie czytania czegoś innego, niż się oglądało, jest już bardzo mocne.

Dużo różnic (w obu tomach i każdym z sezonów) dotyczy bohaterów, ale o to trudno mieć pretensje do twórców serialu. Książkowa Bobbie Draper to ponad dwumetrowa Marsjanka sprawiająca wrażenie „olbrzymiej”. Prawie wszyscy Pasiarze są wysocy i nienaturalnie szczupli od wielopokoleniowej egzystencji w bardzo niskiej grawitacji. Miller z powieści przewyższa Holdena o głowę i ma ponad 50 lat. Są to warunki raczej trudne do zrealizowania w serialu, gdyż z pewnością niełatwo byłoby dobrać idealnie dopasowaną fizycznie ekipę aktorską.

Konkluzja:

Za mną trzy sezony „Expanse” i dwa tomy sagi. Nie wiem, jak będzie dalej, ale w tym momencie mogę śmiało stwierdzić, że serial mocno zachowuje sens książek, ale coraz bardziej odchodzi od ich tła. Ciąg akcji prowadzi do wspólnego celu – tyle, że po coraz bardziej innych drogach. Mam nawet swoją teorię na ten temat: producentami serialu czuwającymi nad scenariuszem są Daniel Abraham i Ty Franck – czyli duet autorski kryjący się pod pseudonimem „James S.A. Corey”. Nikt więc nie może powiedzieć, że ktoś coś zmienia bez wiedzy autorów sagi. Wydaje mi się, że obaj panowie poczuli, jakby dostali drugą szansę na napisanie „Expanse” i w serialu pokazują, jak by to wyglądało, gdyby wzięli się za to dziś.

Opis serialu i streszczenia poszczególnych odcinków pod tym linkiem.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*