Jak to z „Hey Joe” było

Mogę się założyć, że większość z Was na słowa „Hey Joe” odpowie „Jimmy Hendrix”. Ja też przez wiele, wiele lat myślałem, że to jego utwór. Wykonanie Hendrixa poznałem pod koniec lat ’70, nic dziwnego, że nawet nie przyszło mi do głowy, iż to nie on jest jego autorem.

Okazało się, że tak właściwie do końca nie wiadomo, kto napisał „Hey Joe”. Przez pewien czas za autora uważano Cheta Powersa (aka Dino Valenti), amerykańskiego rockmana i wokalistę. Nie była to jednak prawda, bo prawa do utworu zarejestrował już w 1962 roku tekściarz i muzyk Billy Roberts. Czy on był autorem? Ja wątpię, ale dużo może na to wskazywać, gdyż w 1965 roku, gdy dowiedział się, że grupa „The Leaves” nagrała tę piosenkę, wynajął adwokata do zbadania sprawy – gdyby nie uważał się za autora, raczej by tego nie zrobił. Wyszło wówczas na jaw, że Powers przypisał sobie autorstwo i sprzedał „The Leaves” prawa do nagrań. Billy Roberts chciał iść z tym do sądu, jednak nie doszło do rozprawy, gdyż w trakcie negocjacji Powers wycofał się tłumacząc, że piosenkę usłyszał gdzieś na ulicach miasteczek i uznał ją za „bezpańską”. Nie wiadomo do jakiej ugody doszli, ale spór nie trafił na sądową wokandę, głównie ze względu na problemy, jakie by później powstały (nie tylko Powers, ale też kilka innych osób sprzedało różnym zespołom prawa do nagrania utworu, sąd mógłby nawet zakazać „Hey Joe” na długie lata ciągnących się procesów).

Trochę to zagmatwane, ale trzeba też pamiętać, że to połowa lat ’60. Nie było internetu, YouTube, utwory „rozchodziły się” po kraju wykonywane przez dziesiątki i setki powstających (i szybko znikających) zespołów odkrywających błogosławieństwo rocka. (I nie tylko zespołów: niech osoby mniej więcej z mojej półki wiekowej przypomną sobie, co się grało na gitarze przy ognisku na obozach – „Hey Joe” był standardem). Dziś ktoś napisze utwór i po godzinie wie o tym cały świat – wtedy ktoś coś usłyszał, wpadało mu w ucho, zaczął to wykonywać i dochodził do wniosku, że to jego dzieło. W efekcie „Hey Joe” stał się jednym z najchętniej i najczęściej wykonywanych rockowych kawałków – miał tylu wykonawców, że określenie choćby ich przybliżonej liczby jest niemożliwe.

Piszę tu o „Hey Joe” jak o utworze rockowym, ale każdy, kto go słyszał, musi w nim wyczuć coś jeszcze: bluesa. Dlatego znów muszę wrócić do dylematu, kto jest autorem: poznajmy Tima Rose, muzyka z nurtu country i folk. Też był jednym z wykonawców „Hey Joe” (singiel 1966 i na pierwszej solowej płycie z 1967). Uważał on, że „Hey Joe” powstał jako klasyczny song bluesowy, a jego prawdziwy twórca pozostał nieznany. I z tą wersją historii jestem skłonny się zgodzić, bo opisywany wcześniej Billy Roberts bluesem się raczej nie zajmował. A w znanym nam „Hey Joe” blues po prostu aż kapie zza kotary rocka. Być może Roberts po prostu usłyszał to gdzieś i zaadoptował pod inny nurt muzyczny? Dziś już do tego nie dojdziemy, bo wszyscy „zamieszani” w prawa autorskie grają swe koncerty już w innym, niż znanym nam wymiarze.

O czym jest utwór? Czysty kryminał: facet przyłapuje żonę z kochankiem i zabija ją strzałem z rewolweru (nie wiadomo, czy zastrzelił też kochanka). Teraz ucieka z tym rewolwerem w dłoni, a narrator podpowiada mu, by kierował się do Meksyku, tam będzie wolny. Treść piosenki znów zdradza jej bluesowe pochodzenie: o takich i i innych życiowych sprawach kończących się wizją wolności śpiewali prości bluesmani. Wykonawcy rocka woleli wyśpiewywać szczytne manifesty i idee lub (dla odmiany) sławić swą pięknie tańczącą dziewczynę – a nie jakąś historyjkę o zbiegu i to bez puenty czy morału. (Ale to już są moje dywagacje, czysto subiektywna opinia).

Jest też polski akcent w historii „Hey Joe”. W 2006 roku we Wrocławiu został ustanowiony rekord „Księgi Rekordów Guinnessa”: wykonało go jednocześnie ponad półtora tysiąca gitarzystów. Dziś ten rekord wynosi już ponad 7 tysięcy, ale to fajnie, że i my w jakiś sposób uczciliśmy legendę muzyki.

Czas na wykonawców. O kilku już wspomniałem, parę zdań o Hendrixie. Ciekawe, że choć jest on uznawany za najlepszego wykonawcę „Hey Joe”, utwór ten nie pojawił się na żadnym z albumów, które wydano za jego życia. Wydał ich raptem cztery: trzy studyjne i jeden koncertowy, ale zanim wydał te albumy, najpierw wydał singla – i ten jego pierwszy z najpierwszych singli, wydany w 1966, zawierał właśnie ten kawałek. Trochę to zaskakujące, że artysta o statusie jednego z największych rockmanów w historii, dziś kojarzy się głównie z utworem, którym tak właściwie oficjalnie zadebiutował. To zupełnie tak, jakbyśmy dziś pamiętali „The Beatles” wyłącznie z utworu „My Bonnie” z singla z roku 1962…

Jimmy Henrix, „Hey Joe”:

Oraz kilka innych wykonań:

Deep Purple:

Gary Moore:

Na koniec tekst utworu:

Hey Joe, where you goin’ with that gun in your hand?
Hey Joe, I said where you goin’ with that gun in your hand?
Alright.
I’m goin down to shoot my old lady
You know I caught her messin’ ‚round with another man.
I’m goin’ down to shoot my old lady
You know I caught her messin’ ‚round with another man.
And that ain’t too cool.
(Ah-backing vocal on each line)
Uh, hey Joe, I heard you shot your woman down
You shot her down now.

Zdjęcie: preparedguitar.blogspot.com

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*