Kwestia ochrony prywatności przypomina dziecko, które zasłaniając dłońmi oczy myśli, że nikt go nie widzi. Mnożą się przepisy, ustawy i inne regulacje – a jednocześnie każdy aspekt naszego życia coraz bardziej jest widoczny dla coraz większej ilości obserwujących.

Mały test: w wyszukiwarce Google zacznijmy czegoś szukać, np. butów. Zajrzyjmy do 2-3 ofert. Potem otwórzmy stronę dowolnego portalu, np. Onet – wśród reklam, jakie się tam ukażą, niemal na pewno ujrzymy poszukiwane wcześniej obuwie.

To banalny przykład, ale pokazujący, jak na każdym kroku „coś” nas bada, obserwuje, śledzi. I to ze wszystkich stron: np. banki wymuszają na klientach płatności kartami, stąd m.in. opłaty za posiadanie tych kart, o ile nie dokona się zakupów na określoną kwotę (ING ma opłatę 7 zł, jeśli klient nie wyda kartą mininmum 300 zł). Każdy z takich zakupów to żyła złota dla profilerów: co dana osoba kupuje, jak często, w jakich sklepach. Spójrzmy też na współczesne smartfony – nie wyjmiemy z nich baterii, a to oznacza, że nasze telefony ciągle są namierzane, nawet, gdy je wyłączymy (bateria podtrzymuje zasilanie GPS).

Jeśli jesteśmy przy smartfonach, to trzeba wspomnieć o aplikacjach. Android należy do Google, z telefonem w pakiecie dostajemy sporo aplikacji, które lokalizowanie mają na pierwszym miejscu wśród swych opcji. Mapy Google, YouTube, nawet GMail, Dokumenty czy Kalendarz – wszystko to śledzi nasze miejsce pobytu.

A już najdrastyczniejsze (bo z naszej strony najgłupsze), to aktywności w portalach społecznościowych. Wszyscy ze świętym zapałem deklarujemy, że ochrona prywatności jest najważniejsza – i prawie wszyscy „wystawiamy” się na Facebooku, Instagramie czy Twitterze. Ludzie pokazują tam zdjęcia ze swoich mieszkań, zamieszczają fotki swoich bliskich (w tym dzieci), opisują swoją pracę i hobby, dzielą się problemami, sukcesami. Bez przymusu i bez potrzeby dokonują wiwisekcji swego życia tak, że pozna je każdy, kto ma na to ochotę.

Możemy więc zapomnieć o tym, by nas „zapomniano”. Jedyne, co możemy, to minimalizowanie strat – choć one już są i nie da się ich naprawić. By tak się stało nie trzeba wiele, tylko nieco samodyscypliny. Np. nie wrzucać do sieci wizerunku rodziny, nie pokazywać ewentualnym złodziejom, jak mamy urządzony dom, nie dzielić się osobistymi sprawami, bo one – z reguły – powinny osobiste pozostać. W sieci trzeba założyć maskę, bo wszystko, co w niej umieścimy, pozostanie już w niej na zawsze.

Pamiętajmy też, że „znajomy” czy „przyjaciel” (np. z Facebooka), to nie jest nasz prawdziwy znajomy czy przyjaciel. To obca osoba. Mieszkająca „gdzieś tam”, o której tak naprawdę nic nie wiemy – bo to, co się nam wydaje, że wiemy, na ogół jest fikcją.

W innych sferach (nie internetowych) podobnie. Odpuścić sobie konkursy SMS, nie trzymać w telefonie aplikacji, które nie są nam potrzebne, blokować numery marketerów, a swojego nie podawać na lewo i prawo. Instalując w komputerze jakiś program czytać, na co się zgadzamy. Nie podpisywać petycji, bo tych jest cała masa, a każda wymaga nazwiska i adresu. Zdać sobie sprawę, że odkrywając swe dane, prywatność, nie narażamy tylko siebie – ale też swoich bliskich.

A na koniec: trzeba pogodzić się z tym, że prywatności takiej, o jakiej marzymy, już nie ma. Jej „wyciek” możemy tylko co-nieco ukierunkować w obszar, który nie wyrządzi nam za wiele zła.

(zdjęcie: smh.com.au)