Był bezdomny. W długi majowy weekend w 2008 żona miała dyżur w pogotowiu – znalazła go przemoczonego (padał deszcz) tuż pod oknem dyspozytorni. Zaniosła do środka, dała mu do jedzenia to, co miała pod ręką. I już była jego – nie odstąpił jej na krok.

Nigdy nie mieliśmy kota, zawsze psy. Ostatni, Miki, odszedł 6-7 miesięcy wcześniej. Nie w głowie nam było brać kolejnego domownika, a już tym bardziej kota: o tym nikt nawet nie wspominał, bo wydawało się to abstrakcją. Nie mam pojęcia, jak to się stało, że żona mimo to zadzwoniła z pracy do domu pytając mnie, czy weźmiemy kota – ani jak to się stało, że bez zastanowienia powiedziałem „tak”. Wsiadłem w samochód i po niecałej godzinie mieliśmy w domu nowego lokatora.

Był już kotem dorosłym, weterynarz „oszacowała” go na 1,5-2 lata. I nie był kotem bezpańskim: zadbany, wysterylizowany (czyli był już u weterynarza). Potrafił korzystać z kuwety. Albo komuś uciekł, albo ktoś go przed majowym weekendem wyrzucił. Musiał też mieć trudną przeszłość: gdy stojąc nad nim w jakimś niewinnym geście podniosłem rękę – kulił się. Czyli ktoś go bił.

Musiał się więc nauczyć, że w naszym domu nic mu nie grozi. A i tak, mimo całego okazywanego mu serca, minęło parę lat, zanim np. wszedł żonie na kolana. Z kolei my musieliśmy „nauczyć się kota” – wszystko, co z nim związane, było dla nas nowością. U psa wiedzieliśmy, że jak merda ogonem, to się cieszy – kot, jak rzuca ogonem, okazuje zdenerwowanie. Taka anegdota: po jego pierwszej nocy w naszym mieszkaniu przeżyliśmy mały szok – na fotelu znalazło się coś, co wyglądało jak… kupa. Trzeba było widzieć nasze miny. Nie wiedzieliśmy wówczas, że koty się odkłaczają – a ten musiał tej sierści mieć sporo w żołądku, bo znaleziony „ładunek” był imponujących rozmiarów.

On też miał imponujące rozmiary – nie był koteczkiem, raczej małym tygrysem. Potężny, z czarną, gęstą sierścią, grubymi łapami. W apogeum swego rozwoju ważył 8-9 kilo. Te jego rozmiary początkowo były dla nas powodem obaw (kolejna anegdota): pierwszej nocy jego bytności z nami żona się obudziła: siedział wyprostowany obok jej głowy, spoglądał na nią z góry i „warczał”. Żona zamarła, nie ruszała się z kwadrans. Skąd mogła wiedzieć, że to nie warczenie, tylko głośne mruczenie?

Nie wiem, jak jest w innych domach, ale u nas pies czy kot to nie jest po prostu zwierzak. To jest pełnoprawny członek rodziny. Co prawda „z ograniczoną odpowiedzialnością”, bo trzeba było po nim sprzątać, ale nikomu do głowy by nie przyszło, by na przykład planując wyjazd na pierwszym miejscu nie brać pod uwagę tego, jak mu zabezpieczyć te kilka dni naszej nieobecności. Albo by mogło zabraknąć mu leków. Lub zabraknąć cokolwiek.

To nieprawda, że koty nie lgną do ludzi. Niubi – z początkowo nieufnego i ostrożnego kota – stał się prawdziwą przylepą. Oczywiście największą atencją darzył moją żonę, ale resztę domowników też obdzielał swoim przywiązaniem – i uczuciem.

Po kilku latach zaczął chorować na typową dla wysterylizowanych kocurów przypadłość: cukrzycę. Zaczęły się codzienne zastrzyki z insuliny, specjalna dieta. I po pewnym czasie wielka ulga: wyszedł z tej choroby.

Ale ulga nie trwała długo, żona wyczuwała u niego jakiegoś guza w jamie brzusznej. Z kolei weterynarz nic. Prześwietlenia też nic nie ujawniły. Dziś chyba wiemy, co było powodem: gdy żona go głaskała (i czasem wyczuła ten guz), Niubi leżał na boku lub na plecach – a u weterynarza badany był na stojąco. Kto wie, może dlatego raz udawało się znaleźć to paskudztwo, a innym razem nie.

Niubi zaczął chudnąć, robił się jakiś mniejszy. Stracił swą kocią werwę, stał się osowiały. Na dodatek ostatni rok to kolejna choroba: problemy z tarczycą. Czyli znów lek, który musiał codziennie przyjmować.

Jego ostatnich tygodni nie jestem w stanie na spokojnie opisać. Żona znała ten widok, ale u ludzi. Kocheksja nowotworowa. Na szczęście – (mam taką nadzieję!) – dużo nie cierpiał, nie okazywał, by coś go bolało. Ale nie jadł, zupełnie nie miał sił. Serce się krajało patrząc na niego.

Jeden z ostatnich dni Niubiego:

Pożegnanie z Niubim

Wiele wspaniałych lat, wiele radosnych wspomnień. Zabawy, gonitwy po mieszkaniu, polowanie na pluszowe myszy. Ale gdy ktoś z nas był smutny – potrafił podejść i w swój tajemny koci sposób pocieszyć. Nie wiem, czy to drugie potrafiliśmy mu w pełni odwzajemnić w jego ostatnich dniach: wyciszył się i zaszył w najbardziej skrytym kącie. A choć jego „stado” go nie opuściło – byliśmy zawsze obok – jakby wolał odchodzić w samotności.

W książce „Mały Książę” Antoniego Saint-Exupery padają słowa: „Jesteś odpowiedzialny za to, co oswoiłeś”. Jestem przekonany, że przez wszystkie lata, które spędził z nami, nie było dnia, by mógł uważać, iż odeszliśmy od sensu tych słów. Ale czyjeś inne słowa brzmią: „Jeśli kogoś kochasz, musisz pozwolić mu odejść”. Nie powiedział tylko, że im bardziej się kocha, tym trudniej pozwolić odejść. Przyszedł jednak czas, gdy musieliśmy pożegnać Niubiego.

Żegnaj, Przyjacielu.