Teatr dwojga aktorów

Zauroczył mnie ten film. W zalewającej nas od kilku lat głupawej kinowej papce nastawionej na efekty czy przeróżne bajery, „Grawitacja” wydaje się obrazem zupełnie z innej planety.

Film obejrzałem dokładnie w 2. rocznicę jego premiery. Przeleżał u mnie na półce, byłem przekonany, że to kolejna produkcja, na którą szkoda czasu. Wytwórnie co chwila serwowały nam różnych „Avengersów”, „Hobbitów”, postapokaliptyczne popisy Toma Cruise’a („Niepamięć”, „Na skraju jutra”), twórcy horrorów i thrillerów na pęczki kręcili tanie podróbki „Blair Witch Project”. W dziale sensacji molestował nas Steven Seagal na zmianę z Dwaynem Johnsonem, którzy przez ostatnie 3 lata kręcą filmy na pęczki, jakby chcieli pobić jakiś rekord. A w umierającym już gatunku science-fiction była tak przeraźliwa pustka, że kosmos przy niej to mała klitka.

Do oglądania nie zachęcała mnie też Sandra Bullock w obsadzie. Jakoś nie mogę wymazać sobie z pamięci jej wizerunku po obu częściach „Speed” czy „Miss Agent”. A na dodatek: zupełnie mnie nie ruszało, że „Grawitacja” dostała aż siedem Oscarów, bo skoro rok wcześniej tą nagrodą obsypali „Operację Argo” Bena Afflecka, to był znak, że sędziwy Oscar jest dogorywającym staruszkiem sztucznie utrzymywanym przy życiu.

Na szczęście (swoje własne) myliłem się. „Grawitacja” okazała się wielkim filmem. Wiem, że nie dla każdego, kwestia gustu, ale ten film jest po prostu inny. Inny od wszystkiego, co oglądamy od kilku lat. Scenografia wysublimowana. Muzyka genialna. A aktorstwo Sandry Bullock autentycznie wzbudza uznanie.

Zwykła misja orbitalna. Załoga promu kosmicznego z panią naukowiec na pokładzie ma dokonać wymiany uszkodzonego panelu w teleskopie Hubble’a. Wszystko diametralnie się zmienia, gdy Rosjanie dokonują celowego zniszczenia swego własnego satelity (najprawdopodobniej z powodu awarii). Pędzące z prędkością ponad 300 kilometrów na godzinę szczątki początkowo nie zagrażają misji promu, jednak gdy trafiają w inne satelity rozpoczyna się reakcja łańcuchowa: wokół Ziemi zaczyna pędzić setki, tysiące odłamków rozbijając wszystko na swej drodze. Promu nie udaje się uratować, zostaje zniszczony. Dwoje ocalałych to dr Ryan Stone (Sandra Bullock) i pilot Matt Kowalski (George Clooney), którzy mieli to szczęście (?), że przebywali poza kabiną pojazdu.

Dwoje ludzi w kosmosie, z którego nie ma jak uciec i przed którym nie ma jak się ukryć.

Oficjalny trailer:

Aktorzy – tu pełen minimalizm. Mamy ich tylko dwoje, pozostali w tym filmie nie istnieją. Poza Bullock i Clooney’em widzimy tylko (na początku) kogoś ubranego w skafander astronauty gdzieś w oddali przy promie, słyszymy kilka głosów z komunikatów radiowych (jeden z tych głosów podkładał Ed Harris) – i tyle. Film jest całkowicie skupiony na postaci dr Stone, co chyba jak w żadnej innej roli nie zmusiło Sandry Bullock do pokazania, jaką naprawdę jest aktorką. Zdała celująco, „Grawitacja” to jej popis. Partnerujący jej na planie Clooney (Kowalski) tym razem jest tylko skrzydłowym, dodatkiem do roli.

Sceneria bajkowa. Nie, to złe słowo. Ale trudno dobrać słowa przy tak świetnie „zrobionym” otoczeniu. Mistrzostwo montażu. Akcja filmu dzieje się przecież na orbicie okołoziemskiej, czasem nie wiadomo na czym się skupić: na zmaganiach bohaterów, czy na przepięknych widokach naszego globu. Tu mała sugestia: jak ktoś tego nie oglądał, niech zrobi to na duuużym ekranie. Będzie pod wrażeniem.

Muzyka „Grawitacji” jest wprost idealna. Steven Price to stosunkowo młody, brytyjski kompozytor filmowy, bez jakiegoś większego dorobku. „Grawitacja” była jego pierwszym większym dziełem i od razu dała mu Oscara. A utwór z kończącej film sceny mógłbym sobie puszczać w kółko, raz po raz.

Końcowa scena filmu:

Oczywiście są krytycy filmu, wskazujący głównie na pewne niedoróbki czy potknięcia realizatorskie. Ale… który film nie ma krytyków?

Na koniec: nie zachęcam na siłę do obejrzenia „Grawitacji”. To nie jest film dla wszystkich, raczej dla fanów science-fiction w dawnych klimatach, jak powieści Stanisława Lema czy Briana Aldissa. Nie wątpię, że zwolenników innego kina „Grawitacja” może znudzić. Ale dla tych, którzy cenią sobie coś więcej, niż 101% normy wybuchów i pościgów, zmęczeni są filmami bez głębszego sensu, nie wymagającymi od nich uruchomienia choćby jednej szarej komórki – „Grawitacja” to pozycja obowiązkowa.

„Grawitacja” (Gravity)
USA/Wielka Brytania, sierpień 2013
Reż. Alfonso Cuarón (Ludzkie dzieci, Harry Potter i więzień Azkabanu, Wybrana)
Oscar: Najlepszy film, najlepsze zdjęcia, najlepszy montaż, najlepsza muzyka, najlepszy montaż dźwięku, najlepszy dźwięk, najlepsze efekty specjalne.

Zdjęcie: materiał promocyjny Warner Bros.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*