Złota dekada kinematografii

Wyobraźcie sobie, że na świecie mają zniknąć wszystkie filmy, a Wy macie wybór: ocaleją tylko te, które zostały stworzone w określonej dekadzie. Siadacie i myślicie sobie: „już nic innego nie zobaczę, nie będzie żadnej premiery, pozostanie tylko to, co nakręcono w przeciągu wybranych 10 lat”.

Ja akurat nie miałbym z tym większego problemu. Jest taka dekada w dziejach kinematografii, która nie ma sobie równych, w której powstawały naprawdę dobre, bardzo dobre czy wyśmienite filmy. To okres lat 1991-2000.

Co mnie urzeka w tym dziesięcioleciu? Były to ostatnie chwile, gdy najważniejszą sprawą w filmie stanowiła fabuła i aktor. Wcześniejsze filmy też to miały, ale, rzecz jasna, z perspektywy XXI wieku wydają się one dość infantylne. Z kolei późniejsze za bardzo już oparły się o technologiczne wodotryski, które z czasem, po kolejnych latach, stały się zbyt przytłaczające. Przestała się liczyć fabuła – mogła być głupkowata lub być kalką kalki z poprzednich filmów. Przestali się liczyć aktorzy – dzisiejsze gwiazdy to żadne gwiazdy, to domontowani do efektów specjalnych przypadkowi celebryci, których aktorski kunszt polega na zrobieniu jednej czy drugiej miny do każdej możliwej sceny. Albo (co gorsze) dziś grają wielcy aktorzy lat ubiegłych, którzy na starość udzielają się w kotletach i rozmieniają na drobne swoje legendy.

Ale tamta dekada była urzekająca. Dzieła, jakie wówczas powstawały, są obowiązkowe w kolekcji każdego kinomana. Nawet jeśli był to jakiś film „klasy B”, to i tak oglądało się go świetnie i z przyjemnością. I dziś nie ma żadnego problemu, by do takich filmów wrócić, poświęcić im czas – a kto z Was jest aż takim desperatem, by kolejny raz oglądać jakiegoś nowego „Mad Maxa” czy „Kapitana Amerykę”? Zaliczyć to raz i wystarczy, aż nadto. I co istotne: prawie wszystko, co znajdujemy w dzisiejszych premierach, jest powieleniem tego, co powstawało wówczas. To wtedy „Park Jurajski” na zawsze zmienił podejście do efektów specjalnych. Wtedy też zobaczyliśmy „Szeregowca Ryana” z nowatorskim i niespotykanym wcześniej stylem realizowania ujęć. „Blair Witch Project” stał się ojcem nowej gałęzi horrorów. A mnóstwo ówczesnych filmów („Forrest…”, „Shawshank…”) nawet do dziś nie ma sobie równych. To tylko garść przykładów. Bardzo mała garść.

Jakie filmy powstawały w tej mojej ulubionej dekadzie? Rzucę paroma tytułami i to tylko z tych, które posiadam w kolekcji. (Uwaga: to nie jest żaden ranking, to tylko kilka tytułów, jakie akurat przychodzą mi do głowy).

  • Rok 1991: Smażone zielone pomidory, Na fali
  • Rok 1992: Psy
  • Rok 1993: Ścigany, Park jurajski
  • Rok 1994: Forrest Gump, Skazani na Shawshank, Pulp Fiction
  • Rok 1995: Podejrzani, Siedem
  • Rok 1996: Mission Impossible
  • Rok 1997: Adwokat diabła
  • Rok 1998: Elżbieta, Gia, Negocjator, Szeregowiec Ryan
  • Rok 1999: Blair Witch Project, Matrix, Wszystko o mojej matce
  • Rok 2000: Chłopaki nie płaczą, Erin Brockovich.

Wszystkie te filmy (albo ich zdecydowaną większość) oglądaliście i wszystkie moglibyście obejrzeć ponownie. Genialna dekada, w której nawet komedie i horrory (najmniej lubiane przeze mnie gatunki) były udane. Prawie (prawie, nie mówię, że wszystko) cokolwiek wówczas nakręcano – było dobre. Dziś też powstają niezłe filmy, tego nie neguję, ale już nie mają tego „jakiegoś” klimatu, świeżości, oryginalności i magnetyzmu, który by do nich przyciągał. Obecni aktorzy są bez charyzmy, scenografie tworzone w komputerach, a pomysły oryginalne jak chińskie ajfony.

Śmiało więc mogą sobie poznikać filmy z innych dekad. Wielu pewnie bym bardzo żałował, ale miałbym czym to zrekompensować.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*